Po co pada deszcz?

Rozmowa z Łukaszem Kossowskim - wystawiennikiem, poetą, malarzem

W pana malarstwie dominuje pejzaż górski, głównie tatrzański. Czy pamięta pan swoje pierwsze spotkanie z górami?

Łukasz Kossowski: To był pobyt w Poroninie. Miałem wówczas 8 lat. Był upał. Bawiłem się w Dunajcu. Całe dnie budowałem tamę z kamieni chcąc zatrzymać jego bieg. Nie wyszło. W zatoce chłodziła się drożdżanka - taki napój gazowany domowej roboty w butelce zatkanej marchewką.  Kochałem się w Marysi – córce gospodarzy a ona we mnie. Miała sześć lat i mówiła że jestem piękny. 

Góry były ważnym motywem dla wielu pokoleń artystów. Co sprawia, że to źródło inspiracji wciąż tętni życiem?

ŁK: Jak pisał profesor Jacek Woźniakowski w swojej słynnej książce - góry są niewzruszone. Były, są i będą zawsze. Nawet najtwardszy ateista kiedy staje przed ich potęgą, ogromem, powagą traci pewność siebie i przestaje gadać wyłącznie o samym sobie. Kiedyś oglądałem film dokumentalny o kościelnym chórze irlandzkim. Jego dyrygent twierdził, że naprawdę potrafi modlić się tylko w górach bo z nich jest po prostu bliżej do Boga. Sądzę, że miał rację.  A malarze kochają zmienność górskiego pejzażu, jego oświetlenia, ciągły ruch chmur, wznoszenie się i opadanie mgieł, gwałtowne deszcze, śniegi, silny wiatr… Zmienność aury powoduje nieustanną zmienność barw i ogromne kontrasty. Nie ma przecież większego jak ten, między mroczną granitową skałą a przepływającem obok jasnym obłokiem.   

Będąc znanym wystawiennikiem i historykiem sztuki wielokrotnie łączył pan na swoich ekspozycjach obraz ze słowem. Jaka jest relacja między tymi środkami komunikacji? Czy obraz dopełnia słowo, a może w naszych czasach słowo posiada rolę drugorzędną i jedynie dopełnia obraz?

ŁK: Słowo, czyli język to nie tylko środek komunikacji i ekspresji. To przestrzeń metafizyczna. Trwa w nim pamięć indywidualna, rodzinna, narodowa, trwają tysiące wspomnień, marzeń, lęków, nadziei, trwa uroda ludzi i pejzaży… Stąd perfekcyjne tłumaczenie na inny język to wielka sztuka bo wspomniane konteksty wypadałoby choć trochę znać.  Z kolei obraz to nie tylko, jak mawiał Roman Ingarden „podobieństwo wyglądów”, czyli, że namalowany koń przypomina konia jakiego znamy z rzeczywistości. Obraz to  opowieść o świecie, widzialnym i niewidzialnym, zewnętrznym i duchowym. Jeśli opowieść, to również swoisty język złożony z linii, plam barwnych, przestrzeni… Obraz i słowo odnoszą się do tej samej rzeczywistości. Jednak mechaniczne zestawianie na wystawie słów i obrazów dotyczących tego samego jej fragmentu nie ma sensu. Słowa i obrazy posiadają bowiem kulturową aurę, która przekracza ich podstawowe znaczenia. Wystawy na których zestawia się poezję z malarstwem są zawsze wielką przygodą. Nigdy nie wiadomo jak te zestawienia zagrają. Surrealiści twierdzili że sztuka powstaje wówczas gdy dochodzi do spotkania przedmiotów w nowych kontekstach, np., parasola i maszyny do pisania na stole operacyjnym. Zestawienie słowa i obrazu to podobny zabieg. Powstają nowe znaczenia. Relacja między słowem i obrazem to sytuacja podobna, to nieustająca ambiwalencja. W naszych czasach można mówić o prymacie obrazu nad słowem, a nawet o kulturze obrazkowej. Ale nie to jest najważniejsze. Zarówno słowo jak i obraz powinny wyrastać z tego samego kodu kulturowego. Dla kultury europejskiej są nim tradycja antyczna i chrześcijaństwo. Jeśli język słów i obrazów nie odnosi się do tego kodu, nie wyrasta z niego, jego rola spłaszcza się do prostej komunikacji. Jeśli ma to miejsce w przestrzeni kultury wówczas na horyzoncie pojawia się widmo neobarbarzyństwa. W końcu możemy się komunikować porykując na siebie monosylabami albo pokazywać namalowane na tekturach, zatknięte na patykach  lub ukazujące się na ekranach smartfonów obrazki. Słowa i obrazy winny mieć głęboki, kulturowy sens. A jak twierdził Bruno Schulz „istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu – nie istnieje”.

Czy malowane przez pana obrazy to kadry z górskich wędrówek, próba uchwycenia konkretnej chwili, która bezpowrotnie gaśnie czy może są próbuje pan ująć na płótnach istotę górskiego piękna?

ŁK: Istoty piękna nie sposób ująć. Jest transcendentna czyli leży poza naszym poznaniem. Najwięksi artyści próbowali się do niej zbliżyć. Jako historyk sztuki noszę pod powiekami tysiące namalowanych górskich pejzaży skonfrontowanych z własnymi wędrówkami po górach. To pozwala mi próbować zanotować jakiś fragment górskiego pejzażu, lepiej lub gorzej. Ale zawsze sprawia mi to ogromną radość.

Jedną z form uchwycenia chwili i jej nastroju jest haiku – japońska forma poetycka, którą pan uprawia. Czy może Pan przytoczyć z pamięci kilka wersów, w których dotyka pan piękna Tatr?

No, może haiku o wróblach widzianych przez okno góralskiej chaty:

Mieszkać w rynnie
Kochać się w psiej misce

Jakże zazdroszczę wróblom!

Skoro poruszamy się w rejestrach poezji, zapytam: po co w górach pada deszcz?

ŁK: Jak to po co. Żeby idąc przez górski las móc oglądać wilgotne, prawie czarne pnie drzew, albo zapalające się w półmroku kolorami mchy i kwiaty lub dowcipne ale złośliwe żółte kurki, albo zawstydzone kamienie z twarzami wtulonymi w mokry mech, albo słuchać jak szumi wezbrany potok nad którym unosi się pasmo mgły, czasem tęczowej, albo zasiąść w restauracji nad bursztynowym kuflem piwa i podziwiać piękne góralki.  

Jaką rolę w życiu człowieka pana zdaniem mogą pełnić góry?

ŁK: Dostarczają grzybów, jagód, malin i drewna do budowy domów góralskich o spadzistych dachach. A dachy są spadziste dlatego, żeby deszcz po nich spływał i śnieg się ślizgał. Przyciągają też turystów po to by górale mogli zarobić. Ale poważnie; podobnie jak morze są wielkim żywiołem. A żywioły zachwycają albo są ludziom obojętne. Jednak dla wielu są bardzo ważne, nawet dla tych najważniejszych, jak Jan Paweł II.

Skoro nieobce są Panu górskie wyprawy, na koniec zapytam się jakie emocje budzi w panu picie herbaty z cytryną przy drewnianym schroniskowym stole po dniu drogi?

ŁK: Góry dają mi poczucie bezpieczeństwa. Jeśli wkraczam w skalistą głuszę, czuję cierpki zapach mchów, suchość lub wilgoć skały, wówczas mam wrażenie, góry patrzą na mnie z uwagą. Są zasadnicze, wymagające, surowe jak dobry ojciec, ale zarazem, tak jak on, uważne i opiekuńcze. Wymagają szacunku. Tylko głupcy myślą, że mogą się z nimi spoufalić. Zejście z gór do schroniska to powrót do ludzi, a herbata z cytryną to kontakt z nimi, ale też świadomość że góry zostały za mną. Samotne w zapadającym zmierzchu czasem w deszczu lub śniegu. Czekają na mój powrót.