Luboński rzeźbiarz aniołów

Czyli nasza rozmowa z Jackiem Drzymałą - twórcą rzeźb z drewna, kamienia i metalu

Jacek Drzymała jest artystą-rzeźbiarzem, którego dzieła od wielu lat zdobią (nie tylko) lubońskie domy. Pośród wielu obowiązków i trudności życiowych potrafi oddać się swojej pasji tworzenia i zachwyca nie tylko koneserów sztuki, ale także każdą osobę wrażliwą na proste piękno.

„Wieści Lubońskie”: Czym tak naprawdę jest praca, której Pan się z zamiłowaniem oddaje?

Jacek Drzymała: Nie nazwałbym tego pracą ani też chwilową inspiracją – wydarzeniami, pogodą czy przeżyciami. Rzeźby, które wykonuję, powstają przede wszystkim z wielu pomysłów, które powstają w moich myślach. Często są one bardzo dokładnie sprecyzowane i staram się wiernie odzwierciedlać je w materiale. Jednak nie zawsze jest to możliwe.

„WL”: Co zatem sprawia najwięcej trudności?

J.D.: Rzeźby, które tworzę, składają się najczęściej z kamieni, drewna i metalu. Najwięcej czasu pochłaniają rzeźby kamienne. Kamień należy dopasować, żeby jego kształt nadawał się do ogólnego zamysłu i aby ukończona praca dawała oczekiwany wygląd.

„WL”: Gdzie miał miejsce początek Pana przygody z rzeźbą?

J.D.: Pewne koleje losu (od red. katastrofa lotnicza, w której zginęła żona) spowodowały, że musiałem zacząć częściej przebywać w domu. Straciłem również pracę. Wychowuję dwójkę dzieci. Zuzia ma 10 lat, Bartek 8. Tworzę rzeźby w domu, gdzie przez cały czas jestem przy nich.

„WL”: Jakie były Pana pierwsze prace i niezapomniane z nimi wspomnienia?

J.D.: Zawsze podobały mi się takie drobnostki, ręcznie robione. Widać w nich wkład pracy i wyjątkowość, czego nie ma w ozdobach wytworzonych na przykład w Chinach. Mogę powiedzieć, że wręcz bawiły mnie takie zabawy materiałem. Nie byłem w żadnej szkole artystycznej, do wszystkiego dochodziłem sam – jak należy lutować, jak łączyć ze sobą różne elementy. Zacząłem swoją przygodę od witraży, a dokładniej świątecznych choinek. Musiałem wtedy samodzielnie farbować szkło, bo nie było wówczas tylu gotowych, farbowanych szkieł. Powoli dołączałem kamień, drewno i tak zacząłem tworzyć rzeźby, przede wszystkim anioły. Czasem, kiedy patrzę na swoje pierwsze witraże, to nie chcę się do nich przyznać, jest mi wstyd! Ale każdy musi się na czymś nauczyć.

„WL”: Co jest najbardziej pracochłonne w procesie tworzenia?

J.D.: Zdecydowanie cięcie szkła. Na początku często pracowałem z poranionymi rękoma. Jeżeli nie posiada się umiejętności i zaczyna się na siłę obróbkę szkła, z pewnością nic z tego nie wyjdzie. Nauczyłem się, że im mniejsza rysa na szkle, tym łatwiej ono pęka. Wiele razy się starałem, aby uzyskać jego odpowiedni kształt.

„WL”: Gdzie można podziwiać Pańskie prace?

J.D.: Dwukrotnie brałem udział w Gali Produktów Regionalnych w Skokach. Co roku uczestniczę w bożonarodzeniowym i wielkanocnym jarmarku w Szreniawie. Przez tak wiele lat zdążyłem już zapamiętać twarze ludzi, którzy za każdym razem wracają po nowego anioła. Oprócz tego, staram się pokazywać swoje rzeźby w różnych galeriach.

Kamień, szkło, metal – co z tego najczęściej powstaje?

Najchętniej tworzę anioły, ponieważ są one zawsze mile widziane w każdym domu. Ludzie kochają anioły, ja zresztą też. Ich wizerunki pasują do każdej chwili, pory roku. Staram się, aby moje anioły były piękne w swojej prostocie. Nie lubię zbyt wielu kolorów i skomplikowanych ornamentów. Jednak nie jest aż tak łatwo. Dodatkowe ozdoby często uważane są za zbyteczne. Być może czasy się zmienią i ludzie zaczną doceniać prace wykonywane ręcznie. Może będą je ludzie postrzegać w inny sposób, nie tylko jako kamień. Chciałbym, żeby to była moja pasja, na którą zawsze będę miał czas.

rozmawiała: Joanna Humerczyk